Obserwatorzy

sobota, 26 sierpnia 2017

Nie pozwól, żeby Cię zeżarła...

Dzień dobry!
Zaś przerwa długa w mojej pisaninie, ale myślę, że wybaczycie... a przynajmniej nadzieję taką mam niezmiennie;)
Z pewnością zrozumienie znajdę u tych, co własne ręce ciężką pracą skalali i wiedzą ile energii i czasu takowa pochłania.
Pracuję bardzo intensywnie przekraczając swoje własne czasowe normy, słabości. Poprzeczka ciągle w górę, bo planów na nasze lepsze jutro trochę zostało, a nic samo nie przychodzi.
Niedawno uświadomiłam sobie też odpowiedzialność jaką ponoszę za te moje słowotoki. Rychło w czas, co nie? ;) Tak na poważnie, to wiem, że za moim przykładem poszło parę z Was, moich czytelniczek. Kiedy ja swoją dziubaninę skromną zamieniałam na pełnoetatowe zajęcie i w nich obudziła się chęć założenia firm własnych i życia z pracy twórczej. Chciała bym wiedzieć, że wiedzie im się dobrze i nie żałują swoich decyzji, bo zapewne wiedzą dzisiaj świetnie, że chleb to niełatwy.
Tak tak Moi Mili. To co ładnie wygląda na końcu tej rękodzielniczej drogi często okupione jest całą masą wyrzeczeń , bólu i fizycznego, i duchowego, bo problemiki czyhają za niejednym zakrętem. To wiele dni, miesięcy bezustannej pracy bez przerw i urlopu, żeby przetrwać, żeby pchnąć ten wózek do przodu.
Spokojnie, nie piszę, żeby się użalać jak to mi strasznie ciężko ;) Nie płaczę, że koczuję w czterech ścianach wiecznie z igłą i nożyczkami w dłoni, bo naprawdę szczerze i niezmiennie kocham to, co robię. Chcę jednak, żeby ci, którzy zastanawiają się nad podjęciem takiego wyzwania i przede wszystkim ci, których w dołku skręca i gul im skacze pomyśleli zanim zrobią nura do tej rzeki, bo nurt w niej bywa bardzo rwący.


Jeżeli coś się robi z miłości ma to większą szansę na powodzenie, niż budowanie czegokolwiek na złych emocjach. Krok po kroczku, z niemalejącą radością doszywałam kolejne łapki, haftowałam mordki, robiłam swoje. Nigdy przenigdy nie żałowałam, że kolejny dzień muszę spędzić na tym dziubanku, kto chce niech spyta mojego Irka :) Dzięki Bogu on też nigdy nawet nie pisnął, że w mieszkaniu wiecznie szmatki, nitki, zagubione igły i ja ciężka do wyciągnięcia gdziekolwiek, bo wiecznie coś mam do zrobienia. Na naszych 49 metrach ten  roboczotwórczy bałagan jest stałym lokatorem, nie da się go ukryć w czeluściach żadnej szafy.
Z czasem tej pracy było i jest coraz więcej, bo i koszta działalności drożeją z roku na rok ( w roku 2017 same składki ZUS to kwota 14070,72zł), no i potrzeby domowe rosną, bo i dziecko rośnie, i oklepać coś z tych 49m trzeba, samo życie. Każdą tę złotóweczkę muszę zorganizować dziubiąc swoje, a na działalności gospodarczej za urlop nikt nie zapłaci, pod gruszą nikt nie zafunduje, w razie choroby i przestoju też trzeba sobie radzić samemu. Praca zatem musi lecieć bez przerw, non stop, bo rękodzieło czasu wymaga i tego się nie przeskoczy.Dochodzi czas na korespondencję, pakowanie, sprzątanie, wycieczki do sklepu po dodatki, na pocztę, do kuriera, fotografie, obrabianie zdjęć, jakiś marketing, żeby dotrzeć do potencjalnych klientów i gdzieś pomiędzy  tym wszystkim życie :) Nie żyjemy na bogato, ale wierzcie mi, że bardzo szczęśliwie :)))))
Mimo całego tego bałaganu i wszelkich obciążeń nawet na chwilę nie straciłam chęci i radości, którą daje mi moja praca. Tego też życzę innym rękodzielniczkom i rękodzielnikom.
Radość  mam tym większą, że nie zżera mnie zazdrość :)
Nie mam na nią ani czasu, ani chęci.
Nie pozwólcie więc, żeby żarła i Was...
Niektórzy krążą po stronach internetowych, blogach, podglądają, starają się kopiować innych udając często kogoś, kim nie są. Karmią się złą energią, zawiścią, bo komuś tam coś tam się udało, więc będę od niego lepszy, skubnę to i tamto, strącę go z piedestału, zajmę jego miejsce itd...
Moja rada dla nich? Weźcie się do roboty! Z siedzenia na czterech literach naprawdę nie ma nic, albo jest niewiele, może hemoroidy tylko i odciski na pupie :p Z podglądania i małpowania innych również. Nie starajcie się być lepsi od innych, ale codziennie lepsi od samych siebie.Szukajcie w sobie tego, co dobre, rozwijajcie swoje umiejętności i przekraczajcie swoje własne bariery. Pracujcie nad cierpliwością i bądźcie wytrwali, bo nic nie przychodzi samo. Zawsze znajdując w sobie talent trzeba pamiętać, że to tylko namiastka sukcesu.Cała reszta to  ciężka i mozolna praca. Nawet wielu sportowców bijących światowe rekordy wychodzi ze swojej norki po ten wymarzony sukces po latach treningów i fortuny na nim nie zbijają, a niejednokrotnie biedę klepią inwestując w swój rozwój każdy posiadany grosz. Nie liczcie więc cudzych pieniędzy i nie zazdrośćcie wyników, bo to ile pracy zostało włożone w osiągnięcie efektu końcowego wie najlepiej tylko jego autor.
Kiedyś o zazdrości rozmawiałam z Joanną, która swoją pasją i również ciężką, wieloletnią pracą zbudowała swoje imperium. Wpadają tam różni ludzie, z różną energią. Są tacy, którzy podziwiają szczerze, inspirują się i dzięki Asi starają się żyć piękniej. Są jednak i tacy, co najchętniej z marszu wskoczyli by w jej buty i swoje własne nazwisko wkleili na afisz nie mając ani tyle zapału, ani potencjału jakim Aśka ewidentnie dysponuje. Jeżeli jednak kocha się swoją pracę i żyje pasją czasu brak na podglądanie, węszenie i knucie. Jeśli zamiast tego energii więcej włoży się we własny rozwój droga do sukcesu staje się jasna i prosta :)
Ile gorzkich słów oberwało się Asi, ile mi, szkoda wspominać. Kiedyś bardzo mnie bolało  każde z nich. Dzisiaj ich autorom zwyczajnie współczuję. Kiedyś też potworną niepewność miałam w sobie, a nawet strach, czy to co robię jest coś warte, czy podołam. Czy może długów sobie narobię i przepadnę marnie. Czy  ktoś zechce sięgnąć po te moje twory. Dzisiaj wiem, że włożone serce i wysiłek się opłaciły. Może jeszcze nie mam milionów i nigdy mieć ich nie będę, ale mam coś lepszego ;) Mam pewność, że to co robię jest dobre i nie ma to nic wspólnego z pychą. To świadomość swojej wartości i umiejętności, nad którymi nadal zamierzam pracować idąc po swoje. Dzisiaj nie muszę z nikim walczyć ani się bronić. Moje prace bronią się same i wierzę, że Wam dają nie mniej radości  niż mnie samej :) Tą radością dzielę się z Wami i życzę powodzenia wszystkim stawiającym swoje pierwsze kroki na drodze sukcesu.
Aśką się cieszę i bardzo ją podziwiam, bo pracowity i wytrwały z niej żuczek. Informacją o ludziach zdolnych chętnie też się dzielę i chociaż Aśki przedstawiać Wam zapewne nie trzeba, to przynajmniej wici rozrzucę, że właśnie papierowy i namacalny efekt jej pracy stał się osiągalny, więc po dawkę inspiracji jak ktoś  ma chęć, to sięgnąć może już dziś w Empiku :)


Ogromnie miło jest patrzeć jak ktoś  autentyczny jest  w tym co robi, jak rozwija się pięknie i rośnie w siłę. Kogo zazdrość męczy niech na spacer do lasu pójdzie i gdzieś tam głęboko do drzewa cholerę przywiąże. W drodze do domu natomiast niech poszuka w sobie głęboko dobrych i twórczych zalążków, bo szczerze wierzę, że w każdym coś pięknego i wartego rozwoju tkwi, zbyt często jednak nieodkryte lub obarczone grzechem zaniechania. Szukajcie nieustannie i rozkwitajcie :) Ludźmi, którym coś się udało inspirujcie się śmiało. Zawsze pamiętając, że inspiracja to coś zupełnie innego niż naśladowanie i kopiowanie,  a zawiść to uczucie, które uderza w Was samych. 
Dobrej energii i myśli twórczych życzę na nadchodzącą jesień :) Tak tak, nawet jeśli głośno tego nie wypowiemy, to panna jesienna nadchodzi już wielkimi krokami :) Patrzcie jednak i na nią jak na coś pozytywnego. Szukajcie siebie we mgle i kolorach liści. Tam też czyha inspiracji wiele ;)
Ja wrzucam jeszcze ciut moich stworków i uciekam pracować. Nic nie zrobi się samo ;)














Dziękuję za Waszą obecność !
Uściski
A.

środa, 28 czerwca 2017

WSPÓŁPRACA...

Temat współpracy z kimkolwiek i na jakiejkolwiek płaszczyźnie bywa cholernie trudny. Wielu z Was zaczynając swoją przygodę z jakąś twórczością i co często jest docelowym efektem: sprzedażą, liczy na współpracę z innymi internetowymi twórcami, blogerami, celebrytami. Wielu ma nadzieję na znalezienie kontaktów, które ułatwią sprzedażową drogę, przetrą szlaki, wypromują.
Jak to jednak stare przysłowie głosi " Mówiły jaskółki, że najgorsze są spółki...".
Bardzo trudne jest znalezienie osób, z którymi współtworzenie czegokolwiek będzie odbywało się na zasadach fair play. Zwłaszcza kiedy traficie na osoby, które na celebrytyzm chorują.  Prawie zawsze w takich przypadkach  kopanie w zadek jest zagwarantowane. Wasza część pracy nagle okaże się ułamkiem całego sukcesu, a ważne tylko to co ważne, czyli sama postać celebryty.
Spółki niezbyt często udają się w gronie rodzinnym, bo tam, gdzie pieniądze o konflikt najłatwiej. Kolejny argument w moim twierdzeniu, że forsa to największe zło tego świata...
Z paroma celebrytami na mojej drodze było dane się zetknąć. Masa obietnic, słodkopierdzenie i ręce z grabiami wyciągnięte w kierunku mojego skromnego jeszcze dorobku. My tu słówko szepniemy, światu pokażemy, a ty tam siedź i rób. Podziękowałam.
Przy podejmowaniu współpracy, jeżeli na takową się zdecydujecie, bardzo jasno trzeba stawiać swoje warunki, dopieścić umowę do podszewki, każdy jej paragraf uważnie przedyskutować i znaleźć wspólny środek. To trochę jak przeciąganie liny i trzeba do tego i wiedzy, i zdecydowanego charakteru. Również świadomość własnych atutów jest bardzo istotna. Wszystko też spisane powinno być rzeczowo, nic na gębę, bo ani się obejrzycie, a Wasza praca będzie warta tyle, co sprzątanie hali po całym biznesie kiedy celebryta śmietanę z Waszej krwawicy będzie spijał w najlepsze.
Przy najdrobniejszych nawet usługach/pomocy trzeba wiedzieć kto jest kim i za jakie zasługi brawa mu się należą. Przykład? Moje logo. Parę literek i trzy serduszka. Nie mój projekt, nie moje wykonanie. Udzielone z mojej strony wskazówki, że czcionka dobrze by było jak by  przypominała odręczną, niezbyt dużo elementów, proste, czyste w formie. Takie też zostało stworzone przez kogoś, kto tę umiejętność posiadał, do konkretnych narzędzi zasiadł i według podanych wskazań zrobił projekt. Proste jaj zamawianie domu u architekta ;) Tu proszę trzy sypialnie, łazienkę przy sypialni głównej, kuchnię z wyjściem na taras... Architekt siada, rysuje i za gotowy do budowy projekt otrzymuje gratyfikację.To jego projekt, nie klienta. Jego nazwiskiem jest podpisany nawet po sprzedaży Pani Kowalskiej, która na jego podstawie budowę domu zamówi.
Niestety kiedy oferta współtworzenia czegoś ze mną ze wspólnego dobierania godzinami tkanin, wykonania przeze mnie form zmodyfikowanych lekko, lecz dalej na bazie wcześniej przygotowanych, autorskich prac,następnie uszycia całości sprowadziła mnie do krótkiego " Pani Ania to uszyła" a to ja zaprojektowałam i reklamować będę swoją markę, musiałam powiedzieć stop. Skłonności do noszenia wieńca laurowego nie mam, ale za szwaczkę komuś służyć też nie potrzebuję. Albo robimy coś razem z podziałem na role wspólnie dwoma nazwiskami podpisując efekt końcowy, albo wcale. Szkoda tylko, że po takiej akcji człowiekowi jeszcze zadek obrabiają, że bezczelny... Nic to jednak, swoje robić trzeba, a nauczka jest na przyszłość. Jak ktoś zbyt wysoko na budowlę bez fundamentów się pcha, to zleci prędzej,czy później i to z hukiem niemałym.

Matkom testerkom lawinowo zasypującym pocztę propozycjami: przetestujemy i innym mamusiom polecimy, też dziękuję. Dalej z uporem maniaka twierdzić będę, że najlepiej reklamuje się sama jakość. Bez fajerwerków, bez chwalebnych pieśni z ust znanych twarzy. Może wolniej, ale z lepiej ugruntowanym fundamentem  dobrą opinię można stworzyć, czego i Wam życzę,

Idę szyć, jak każdego już prawie dnia. Jestem projektantem, szwaczką, sprzątaczką, logistykiem, pakowaczem, marketingowcem, handlowcem i dostawcą w jednym. Jeżeli ktoś z mojej pracy jest zadowolony i słowo szepnie światu na jej temat, mimo że zapłacić za moją twórczość musiał, bardzo dziękuję. To jest najbardziej rzetelna ocena, bo kto darowanemu koniowi w zęby by zaglądał? ;)
Za ławeczkę na zdjęciu też zapłaciłam. Kupiona online, na zamówienie wykonana i też na podstawie wskazówek z mojej strony, co dalej nie czyni mnie autorem projektu ;) Jakby ktoś namiar na wykonawcę chciał, to z ręką na sercu polecić mogę.




Poduszkowce uszyłam i jak świeże bułki się rozeszły mimo, że tanie nie są, bo  i aksamit do najtańszych nie należy. Milutkie i mięciutkie. Chyba mogę z mojej pracy być dumna ciut :).

Ostatnio jednak sami dobrzy i uczciwi ludzie nas otaczają, karma więc wraca, to prawda... Tym bardziej żal tych, co cwaniactwem skórę mają podszytą. Wobec nich więksi cwaniacy też litości pewnie mieć nie będą.

Cześć Pracy Rodacy
Ściskam w pochmurną środę
Wasza A.


sobota, 24 czerwca 2017

Nie samym chlebem człowiek żyje...

Zdecydowanie potwierdzam co w tytule. Nie samym chlebem człek żyje, bo do chlebka jeszcze masełko by się zdało  ;). Jeśli chlebek dobry to i samo masełko wystarczy, bo pyszny to zestaw. Smacznego pieczywa jednak w dzisiejszych czasach  ze świcą szukać można. Nam się jednak udało :)
Nasze sobotnie wyprawy na targowisko stały się już małą tradycją. Kiedy wszyscy weekendowo pod kołdrą chrapią ja i pan I. wymykamy się z domu i jedziemy na polowanie zakupowe. Ogromnie lubię te nasze wyprawy. Nic, że wstać trzeba o 5 rano, zimą opatulić się jak Eskimos i po ciemku jeszcze szukać czego nam trzeba. Lubię i już. Targowisko spore i pełne wszystkiego. Tu mebelek, tu kubełek, malowidło artysty nieznanego między rzodkiewką i kwiatkiem na rabatki. Co komu trzeba na 99% tutaj znajdzie. My znaleźliśmy nasz chlebek idealny właśnie i regularnie po niego turlamy się kilometrów parę za miasto co sobotę. Bochen konkretny, piękny kwadraciak, pachnący tak, że całe auto wypełnia swoim aromatem. Zero spulchniaczy, polepszaczy i całego tego badziewia, które wciska się nam w produktach pieczywopodobnych. Zakwas, 2kg mąki i efekt taki, że ja odpadam. Zjadamy do ostatniej kromki. Przez cały tydzień jest niezmiennie pyszny.Skórka może trochę twardnieje, ale wnętrze miękkie jak trzeba. Chleb... jedyny pokarm, który przez całe życie się nie nudzi. Ten konkretnie naprawdę wart jest naszych wycieczek :)


Ktoś może powie, że to zachwyt banałem. Dla mnie jednak chleb prawdziwy to wartość ogromna. Zwłaszcza, że większość produktów aktualnie dostępnych w sprzedaży powoduje problemy żołądkowe większe i mniejsze, alergie pokarmowe, nietolerancje tego i owego. Jajka kurze cuchnące mączką rybną, ziemniaki, które zamiast z czasem wysychać i kurczyć się jak rodzynek rozpuszczają się i capią padliną. Wyliczać można długo. Kiedyś krzywa marchewka i śliwka z robalem były normą. Teraz są produktem eko, za który często krocie płacić trzeba. Wszystko za sprawą pogoni za pieniądzem, która ma wrażenie zapędziła nas już w kozi róg. Zwiększanie produkcji, wydajności z hektara i mamy to, co mamy. Brzuchy puchną, grypy jelitowe szaleją, dzieci i dorośli cierpią, bo jesteśmy tym, co jemy. Chemia we wszystkim- karma dla ludzi niczym dla psów i kotów. Wiary w czystość produktów bio, które aktualnie pojawiają się w najbardziej popularnych sklepach sieciowych , szczerze mówiąc nie mam. Jeśli ktoś tak odważnie handluje czymś, co zdrowe nie jest, do końca szczery nigdy nie będzie. Ot, chwyt marketingowy na zatrute już dość solidnie społeczeństwo. Cena trzy razy większa, sprzedaż bardziej się opłaca, a te bio bananki to i tak pryskane były, żeby do nas w oględnym stanie dojechać. Tofu, humusom, bulgurom, bezglutenowym ciasteczkom, bezlaktozowym serkom, ksylitolom i  innym tworom dzisiejszej foodkultury dziękuję. Stawiam na chleb, co ma smak, jajko od kury, co lata po podwórku, kapustę kiszoną nie zakwaszaną, miód zamiast słodzików chemicznych i tę marchewkę, co może pokracznie urosła, ale nadal marchewką smakuje. Po te produkty gnać będę ze śpiewem na ustach w najgorszą nawet pogodę. Przyjemność mam też ogromną z krótkich pogawędek z panią od chlebka, z rolnikiem, co jajka sprzedaje i wita z uśmiechem "Ach, to Pani!". Sprzedawca ziemniaków, też wie,  że zawsze proszę o te pizdryczki ( małe ziemniaczki młode, co do skrobania wkurzające nieco, ale za to jakie smaczne :) Z takimi zakupami wracam do domu w przednim humorze, w przeciwieństwie do poczucia traconego czasu na kolejki i bieganie po supermarkecie...




Po tym pachnącym śniadaniu energii do pracy mam więcej, lecę zatem dziubać, co tam zamówione ;) Nóżki wypychać, falbanki prasować i pakować dla Was pudełeczka :)







Girlandę z dzwoneczkami jeszcze jedną mam dostępną, jeżeli więc ktoś chętny, to zapraszam do kontaktu drogą mailową: annaporeda1@gmail.com
Można mnie też złapać instagramowo, a i do obserwowania profilu zapraszam serdecznie :):


Wszystkim, co wakacje właśnie zaczynają życzę udanego i bezpiecznego wypoczynku. Ja w tym roku urlop mam na balkonie, jeszcze tylko krzesełka odmalować sobie muszę i nowe siedziska im poszyć :) Póki co praca w toku :D

Miłego weekendu Kochani
Ściskam
Wasza A.

czwartek, 8 czerwca 2017

Mydło w oczach.

Mydło w oczach to mi się pojawia za każdym razem, kiedy mam przyswoić jakąś instrukcję użytkowania.
No oporny ze mnie egzemplarz strasznie i naukę obsługi wszystkiego muszę przyswajać empirycznie, nic w teorii. Opisy konstrukcji szycia z Burdy, czy innych magazynów modowych też jak dla mnie pisane są językiem niezrozumiałym. Jakby do Chińczyka po polsku gadali. Nowy telefon i mini książeczka do przewertowania? Dla mnie maxi zagwostka, żadna pomoc. Wszystkie guziczki muszę obmacać po swojemu, powciskać, pomieszać i nawet narozrabiać, żeby samodzielnie dojść w którym miejscu napsociłam, następnie naprawić. Tak się uczę, tak zapamiętuję najlepiej.  Nawet jeśli jakaś instrukcja obłsugi językiem prostym z pozoru jak krowie na rowie jest pisana, to i tak w kąt u mnie poleci i tyle. Mydło w oczach dostaję czytając kolejne linijki, jakby mi się mózg od reszty ciała odłączał. Wszystkie jednak te książeczki od każdego domowego sprzętu trzymam grzecznie w sporym pudełku tak na wszelki wypadek :P
Od jakiegoś czasu zbieram się z otwarciem autonomicznego sklepu internetowego i znów pojawił się problem, tym razem nauki obsługi oprogramowania. Sklep na obecnym etapie rozwoju mojej firemki, firemeczki powiedziała bym nawet, wydaję mi się naturalnym punktem do zrealizowania. Jeżeli coś się robi z założeniem, że to będzie na poważnie, nie można ciągle kręcić się wokół własnej osi. Niby współpraca z internetowymi galeryjkami ma jakieś swoje plusy, ale ostanio jakoś więcej minusów dostrzegam. Przede wszystkim duże prowizje doliczane do cen produktów, przez które uzyskanie ceny satysfakcjonującej dla mnie jako twórcy i jednoczesnnie atrakcyjnej dla klienta , staje się trudne, lub niemożliwe nawet. Jak to w każdej działalności zatem: im mniej pośredników, tym lepsze efekty. Zatem sklep będzie, to już postanowione. Ruszam z końcem sierpnia, bo i z tym mydłem w oczach będę musiała sie uporać, no i o zatowarowanie na wirtualne półeczki muszę zadbać. samo się nie zrobi cnie ;)






Do sklepiku trafiać będą oczywiście moje dzieciaki słodziaki, czyli myszy, króliki, misiaki, kocurki i co tam jeszcze zwierzyńcowego wykluje się pod igłą , no i najróżniejsze elementy wystroju wnętrz  głównie dla maluszków. Mam nadzieję, że tym razem plan uda się zrealizować w 100%.  Sklepik myślę ułatwi Wam dostęp do tego, co aktualnie będzie dostępne i komunikacja ulegnie poprawie też, bo do obsługi sklepu przed zatrudnieniem pomocy rąk dwóch już się raczej nie wymigam ;)

Jeżeli ktoś z Was ma doświadczenia z budową sklepu internetowego chętnie przyjmę wszelkie wskazówki. Dobre rady bardzo się przydadzą ;)  Zdecydowałam się na platformę shoper.pl i właśnie młócę wszelkie informacje w temacie, uff....

A jak tam u Was z nauką obsługi sprzętów? Jesteście w stanie przyswoić z nich wiedzę, czy raczej włącza Wam się samouczek jak u mnie? ;)

Buziaki dla Was i do przeczytania w najbliższym czasie
Wasza A.

wtorek, 6 czerwca 2017

Dziewczyny w portkach :)

O jak to dobrze, że Coco Chanel zafundowała nam rewolucje odzieżową i pozwoliła dziewczynom założyć portki :D  Możliwe, że jeśli nie ona, to ktoś inny później uczyniłby to samo, ale gdyby tak do dzisiaj obowiązek falban i krynolin nam pozostał, to ja bym miała przegwizdane...
Codzienne chodzę w spodniach, taki job... Kiedyś kolega z zespołu opowiadała żart o koleżance wiolonczelistce, która w sklepie poprosiła o marszczoną spódnicę, bo taką pracę ma, że ciągle musi nogi szeroko trzymać... Konsternacja na twarzy sprzedawczyni była ponoć mocno zauważalna. Ja mam taką pracę, że często na kolanach dzień spędzam, co też może brzmieć dwuznacznie. Nie potrafię jednak  wycinać projektów przy stole, nie lubię i tyle. Wolę rozłożyć się na panelach. Kolana w spodniach wiecznie poprzecierane, ale wygodnie bardzo. Świątecznie tylko wbijam się w kiecki ku wielkiemu zaskoczeniu i radości drugiej mej połowy ;)  Codzienny strój  standardowo: T-shirt i dżinsy, ot taka niemodna ja ;)
Myszki i miśki od dawna stroję w te falbanki, ale czas na rewolucję odzieżową również w moim pluszowym światku ;)


Miśka fajne portki ma i w dodatku w jednym z moich ulubionych kolorów: malinowym różu. Najbardziej lubię takie właśnie, niedosłowne odcienie, pudrowe róże, błękity z nutką szarości, przydymione zielenie...




Pierwsza zaportkowana była jednak myszka:


Myszowata powstała dla dziewczynki, co to z natury antybaletnicą  jest i w dodatku fajnych braci ma. Całe towarzystwo w ogrodzie mamusi dzielnie pomaga, więc i strój musiał być odpowiedni :


Cała ta ferajna pojedzie wkrótce do nowego domu. Myszka w portkach świetnie odnalazła się w męskim towarzystwie równie ogrodniczo odzianym. Chłopakom rewolucji odzieżowej nie zafunduję, bo wbrew nowym trendom lubię jak facet facetem jest i raczej w kiecki się nie przebiera.

Zaraz znów na kolanach ląduję, bo ciałka trzeba wycinać.
Z perspektywy panelowej pozdrawiam Was bardzo serdecznie!
Wasza A.

P.S. Miśka w malinowych portkach jeszcze dostępna do kupienia ;)




niedziela, 4 czerwca 2017

Rękodzielnicze zachwyty :)

Jakiś czas temu obiecałam Wam przedstawić kilka postaci ze świata rękodzielniczego, które moim zdaniem zasługują na Waszą uwagę. Osób wykonujących prace w różnorakich technikach jest aktualnie całe mrowie. Bazarki sezonowe, sklepiki z rękodziełem, blogi, "fejsbukowe" strony sprzedażowe rozmnażają się jak króliczki. Dużo tego wszystkiego , no i jakość, mówiąc delikatnie, bywa różna, a czasem wręcz żadna. Rękodzielnicy prześcigają się też często nie w ambicjach i kreatywności, a jedynie w cenie. Wszystko, byle by sprzedać swoje, najlepiej jak najwięcej, najskuteczniej. Portfel pełny, kasa się zgadza, no i jest nadzieja, że konkurencję ceną się wykosi...
Przykładem idealnym mogą być szyte tulipanki, których to autorów uaktywnia się gromada licząca setki osób, jeśli tylko na FB ktoś na takowe zgłosi zapotrzebowanie. Aby konkurencyjnym być cena leci w dół na twarz i jakością praca poziom bruku osiąga w oka mgnieniu. Widziałam już takie 3zł za sztukę. Uroda adekwatna do ceny. Myślę, że nawet Chińczyk z Aliexpress wolał by wydać pieniądze gdzie indziej. Jednak i na taki towar chętni się znajdą. Dlaczego? Tak już świat jest urządzony, że odbiorców słabej jakości towaru jest więcej, niż tych, którzy jakość ocenić potrafią i oczekiwania co do niej mają konkretne. Wierzcie mi też, że nie jest to kwestią zasobności portfela. Mój nigdy zbyt grubiutki nie był, ale jestem zdania, że mając mało, tym bardziej nie stać człowieka na wywalanie pieniędzy na barachło. Środkowa półka cenowa zawsze była moim celem, bo na tę najwyższą jeszcze muszę dłuuugo popracować ;) Kupowanie najtańszych produktów zbyt często bywa wyrzuceniem ciężko zarobionych groszy na coś, co szybko ląduje w kubełku na śmieci. Zdecydowanie, nie stać mnie na to. Na co zwracać uwagę wybierając prace rękodzielnicze? W pracy rąk diabeł tkwi w szczegółach. To detale stanowią o wartości całości. Sweterki Chanel są drogie, bo i jakość materiałów jest bardzo restrykcyjnie kontrolowana, a i wykonanie to mozolny proces wymagający i wiedzy, i czasu. Odszycie listwy z guziczkami następuje po ręcznym przeliczeniu liczby oczek.Wszystko musi być na swoim miejscu, według ściśle określonych standardów. Bez wiedzy jak starannie prace są wykonywane nie każdemu udaje się wyłapać różnicę pomiędzy rękodziełem, a rzeczą ręcznie wykonaną. Wierzcie mi jednak, że różnica jest ogromna. Już sama nazwa "rękoDZIEŁO" brzmi przecież dumnie. Dzieło, to twór posiadający wysokie walory estetyczne, jest zwyczajnie mówiąc PIĘKNY. No i ten drugi człon, o którym też się ciągle zapomina: "ARTYSTYCZNE", takie poparcie idei jaką jest tworzenie rzeczy ręcznie przy małym nakładzie, ale o wielkiej wartości i dużym ładunku emocjonalnym. Wielu pisze ksiązki, rzeźbi, wiersze klepie, ale nie każdy efekt takiej pracy porusza, zapada w pamięć i jest wystawiany na piedestał przez wieki całe. Rękodzieło jest również dziedziną, w której należy dążyć do doskonałości, a twory charapane na ilość i dla szybkiego zysku na nazwę rękodzieło zwyczajnie nie zasługują.
Jak to jest, że jedni różnicę dostrzegają, a innym jest wsjo rawno? Oglądając niedawno jeden z programów Doroty Szelągowskiej  dotarło do mnie, że taką zdolność albo trzeba w sobie mieć, albo wypracować ją na odpowiednim poziomie. Jak ze smakowaniem wina. Można pić procenty przez całe życie wyłącznie dla tych procentów, ale można nauczyć się wino smakować i dopieszczac podniebienie.
Pani Dorota wykonując projekt pokoju dla bliźniaków, kiedy tylko chłopcy stanęli przed nią po raz pierwszy, wyłapała w nich wszelkie różnice wizualne. Ja jakimś cudem też nigdy nie miałam problemów z identyfikacją moich koleżanek bliźniaczek, których miałam po jednej parze i w szkole, i w szkole muzycznej, i na podwórku też. Zawsze wiedziałam która jest która, bo zawsze zwracałam uwagę na drobnostki. Z pozoru tacy sami, praktycznie identyczni ludzie, a jednak inaczej się uśmiechają, inne gesty wykonują, często masa ciała, wzrost jest innny, albo ze względu na cechy charakteru jedna z dziewczyn jest bardziej rostrzepana i nigdy nie chce się jej rozczesać kucyka porządnie ;) Agata i Beata z mojej klasy licealnej wiedzą o czym mówię ;) Wielu mogły robić w balona, zamieniać się na lekcjach wypychając do tablicy tę mocniejszą z chemii, ale kto różnicę w detalach przyswoił, ten wiedział co jest grane.  Tak samo działa ocena wizualna wszystkiego, z czym się stykamy w życiu. Tak samo jest z rękodziełem. Im więcej detali jest starannie ogarniętych, dopieszczonych, tym większa wartość całej pracy. Nawet jeśli dla niektórych dając im do rąk dwie lalki wykonane z jednego projektu przez dwie różne osoby różnica nie będzie do wyłapania. Dla kogoś, kogo poczucie estetyki czochra czołem po rynsztoku nawet dzieła Leonardo da Vinci  bedą zwyczajnymi mazidłami.   Jeśli jednak komuś zależy i chce dostrzec różnicę warto, żeby nauczył się otwierać oczy szerzej i widzieć drobnostki zanim zainwestuje w śmieci.
Kim zachwycam się ja w rękodzielniczym świecie? Jest paru artystów wielkiego kalibru, na których trafiłam buszując po sieci miedzynarodowo, ale u nas również znajdziecie paru skromnych, acz niebywale zdolnych ludków, do prac których wzdycham niezmiennie.

Pierwsza do golenia Marta... No i żeby nie było, nie jest to post sponsorowany i bez oczekiwań w zamian pisany. Zwyczajnie dzielę się z Wami tym, co dobre, bo tym zawsze dzielić się jest najprzyjemniej :)

Wracając do wspomnianej Marty. Marta, czyli Meis Ideis http://meis-ideis.blogspot.com/  prawdziwa czarodziejka lnianych konstrukcji. Nie dość, że cudnie ten lniany swój świat obszywa, to jeszcze na dokładkę obłędne zdjęcia czyni. Ktoś kiedyś zarzucił mi samej, że takie zbliżone mocno zdjęcia robię i przez to wszystko duże się wydaję. Na zbliżonych zdjęciach jednak widać dokłanie całe starania, godziny pracy i to serce, którym niektórzy szczycą się przy  swoich masówkach, a serca w nich nie widać wcale, no chyba, że do mamony. Marta zbliżeń nie musi bać się wcale. Niezwykle umiejętnie dokumentuje pracę w swoich kadrach, a ja zawsze z zachwytem zaglądam na jej profil. Dłużej więc nie gadam, sami zobaczcie, bo warto. Takie prace warte są wiele, nie mówiąc jedynie o finansach. Warte są wspierania i doceniania. Druga taka Marta Wam się nie powtórzy ;)
Pozwolę sobie jeszcze tylko podkraść jedno z jej zdjęć dla Was tak na zachętę:

Zdjęcie pochodzi z bloga meis-ideis i jest w całości jej własnością. 

Czarodziejka kolejna: Jagoda z http://jagodowo-art.blogspot.com/  ale więcej prac znajdziecie na FB.
Mistrzyni masy solnej. Materiał niby banalny, bo i dzieci w przedszkolach w masie solnej pracują, ale Jagoda wyniosła ją na poziom mistrzowski.

Zdjęcie pochodzi z bloga jagodowo-art i jest własnością jego autorki

Czy nie jest piękny? Każda jedna krateczka, kropeczka, każda fałdka spódniczki jest przemyślana, staranna, nic za dużo, nic za mało. Tak pięknych prac z masy solnej nie widziałam nigdzie, mimo, że trochę zjeździłam i się naoglądałam różności. Dla Jagody ogromne brawa i ukłony.

Czas na konkurentkę ;) czyli kobitkę, która jak ja głównie zabawkami szytymi się para. Niby konkurecji nie powinno się promować, ale jak jest zdrowa, niezawistna i motywująca, to żaden strach mówić o niej światu. Moja ulubiona konkurentka: Ela z http://elis-zamiast.blogspot.com/ 
Kiedy zgłasza się do mnie ktoś z zapotrzebowaniem na coś, czego nie mam w swojej ofercie, ze spokojem serca mogę polecić Elę, bo wiem, że oddaję moich klientów w dobre ręce. Te ręce właśnie Eluśkowe wszystko doszywają jak trzeba, wypychają pięknie, dekorują starannie i rzetelnie godzinami całymi pracują nad jak najlepszym efektem. Wszystko, co doprasowane ma być, jest doprasowane. Stebnowania dopasowaną kolorystynie nitką ( tak tak, taki detal, o który nie dba wielu zabawkarzy... szycia zewnętrzne we właściwym kolorze, a nie wszystko szyte jedną nitką, byle szybciej...). Ela wie o co w tym wszystkich chodzi i czasem pogadamy sobie szczerze o zmianach w rękodzielniczym świecie. Głównie jednak telefonicznie, bo czasu brak na spotkania, bo staranna praca zawsze ten czas pożera zachłannie... Czasem też zastanawiamy się z Elą jak to jest, że ci, co barachło w świat wypychają dorabiają się majątków, a ci co się starają bardzo, tak często są niedowartościowywani... No ale Disco Polo też słuchają tłumy, a jazz jest dla nielicznych..., dlatego gwiazda polo disco mieszka w willi z basenem, a muzyk jazzowy nie ma kasy na paliwo, żeby na koncert dojechać :P  Ot i taka artystyczna rzeczywistość. Tych, co się starają docenia się pośmiertnie, kiedy brak jest mocniej odczuwalny i nic wartościowego nie powstaje na tle zalewającej nas bylejakości...
Eluśkowe skrzaty dla mnie bomba:

Zdjęcie pochodzi z bloga Elis i jest jej własnością
 
Wszystko równiutkie, tkaniny łączone zgrane ze sobą w punkt, na szwach nic się nie rozłazi, oczy nie jedno na Maroko drugie na Kaukaz, ale we właściwych miejscach i patrzą zalotnie. Eli anioły też zachwycają, no i koniki... ech... Elka, fajnie, że jesteś!

Czas na papierove love, czyli Ala i jej cudne wianki https://www.facebook.com/EKOwianki/


O Alicji kiedyś już wspominałam, ale mam wrażenie, że kobitka przerasta artystycznie samą siebie. Zatem przypominam Wam o niej z radością.
Wtedy też pisałam, że sztucznych kwiatów nie lubię, żywe wolę, ale w rękach Ali ten papier ożywa, rozkwita i zachwyca urodą. Jej prace są jeszcze piękniejsze, bogatsze i myślę, że to czysta przyjemność taki wianek zakupić i na niego patrzeć, lub podarować komuś, kto szczególne miejsce w sercu zajmuje. Ala, wymiatasz ;)

Tyle na dzisiaj. Obiad muszę zmontować, a w menu młode ziemniaczki z sosem śmietanowym na szczypiorku. Szczypiorek hodowla własna balkonowa . Pojęcia nie macie  jak się cieszę z tej zieleniny :DDD  Do tej pory byłam ogrodniczym destruktorem i każdą zieloną roślinkę doprowadzałam wolniej lub szybciej, ale jednak do zgonu... Niedawno coś się zmieniło i co zasieję, to rośnie :DDD )
Ziemniaczki wybrałam same pizdryczki takie, maleńkie jak orzechy, bo najsmaczniejsze. Ktoś to teraz oczyścić musi, więc zaraz szoruję do kuchni szorować i skrobać :)

Co u mnie szyciowo?  Różnorodnie bardzo, ale o tym za dni parę... Ostatnio grzebię znów wieczorami po zgromadzonej w domu literaturze i chęć mam wielką przerobić wzdłuż i wszerz projekty tildowe.
Wszystko prze tego kuraka ;)



Oki, zostawiam Was z lekturą i szczerą zachętą do odwiedzin u przedstawionych dziewczyn. Kochajcie rękoDZIELNIKÓW ARTYSTYCZNYCH bo dzielni są, zawsze się starają i nigdy nie przedkladają zysku ponad jakość

Z niedzielnym pozdrowieniem
Wasza A.

piątek, 26 maja 2017

Przywilej...

Drogie Mamy, Matki, Matuchny...
Wasze,nasze,moje święto dzisiaj. Ze świętami jest u mnie tak, że przede wszystkim powód do refleksji stanowią, a nie tylko pretekst do celebry. Myślę, że właśnie po to święta wymyślono, taka przerwa w codzienności na chwilę zadumy.
Jest taki film, do którego wracam z przyjemnością i zawsze ze ściśniętym gardłem i usmiechem na twarzy oglądam. Nim właśnie i moim osobistym przemyśleniem w związku z dziejszą okazją chcę się z Wami podzielić.
Matką być łatwo nie jest. Można czytać książki, poradniki wszelakie, albo sięgać po porady starszyzny plemiennej. Przy każdym dziecku jednak często trzeba szukać zupełnie nowych sposobów na ich kształtowanie i opiekę. Zostać matką bywa jeszcze trudniej. Taki paradoks, że Ci co bardzo czegoś chcą, mieć nie mogą, a Ci którym to lotto, od losu dostają bez żadnego ale. Z bycia matką trochę uczyniono mit, instytucję Matki Polki nawet, którą trzeba czcić bez względu na wszystko. Matkom przy rozwodach beż mrugnięcia okiem powierza się dzieci, mimo, że często to matkowanie wcale im nie wychodzi. Matki niejednokrotnie oczekują traktowania jak święte krówki, nawet jeśli swoje zadanie realizują w sposób głupi i nieudolny. Może i ktoś się wzburzy mocno na moje słowa, ale myślę, że bycie matką to przede wszystkim przywilej,ogromny przywilej przekazania tego, co w nas najlepsze, nowemu człowiekowi.
Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów i sama każdego dnia uczę się na własnych błędach. Idealną mamą też nie jestem, ale póki mam okazję będę się starać, do błędów przyznawać, błędy analizować i wyciągać wnioski. Nie będę też nikomu mówić jak ma żyć, bo jeśli ktoś w tym temacie stawia siebie samego jako niezaprzeczalny autorytet, to guzik wie o życiu.  
Dostałam od losu okazję poznania człowieka, który ze mnie wyrósł, ale nie dla mnie, lecz samego siebie i świata. Mogę wpoić w tego człowieka, to, co sama uważam za dobre, to, czego sama się nauczyłam. Mam okazję obserwować jak na moich oczach wyrasta ktoś nowy z całą masą możliwości, lepsza wersja mnie samej może. To ogromny przywilej.
Nie raz i nie dwa spaprałam coś książkowo w tym temacie, ale wierzę, że wszystko można naprawić póki tu jesteśmy. Będę się starać być matką kochającą i wspierającą,bo to najcenniejsza rzecz jaką można dziecku podarować. Nieistotne ile kasy w życiu wywalicie na swoje potomstwo, jakie sprzęty kupicie, w jakie szmatki ubierzecie i w ile zajęć pozalekcyjnych zainwestujecie swoje fundusze. Dajcie ile chcecie, ile możecie, bez wyliczania i wpędzania we wdzięczność, czy obowiązek zwrotu wkładu.. Przede wszystkim dajcie swoim dzieciom poczucie własnej wartości i wiary w ich możliwości. Bądźcie wsparciem i oparciem, bądźcie ich siłą i drogowskazem, a kiedy przyjdzie czas nie podcinajcie skrzydeł, żeby zatrzymać w gnieździe. Bądźcie zwyczajnie mądrymi matkami, czego sobie i Wam z całego serca życzę.


Moja dziewczynka, co spod serca wyskoczyła, jest już dorastającą kobietą. Czasem jeszcze głupitki dzieciuch jej  się włącza, ale za parę lat zacznie swoje własne, dorosłe życie. Wierzę, że będzie dobrym człowiekiem, chociaż jeden z moich licealnych profesorów powtarzał zawsze, że dobra, to może być kiełbasa śląska :P Ma prawo do własnych błędów, osiągania własnych celów, budowania świata według jej własnej wizji. Ja tu będę i w razie czego tak po matczynemu się przydam, doradzę, wesprę, przytulę i puchnąć z dumy będę sobie też :) Nie dla siebie urodziłam i wychowałam, a dla niej. Co zasiałam niech rośnie, a świat stoi przed nią otworem.

Mamą można być i bez bólu porodowego. Wystarczy miejsce w sercu znaleźć dla kogoś, kto do serca przytulić się pragnie. Mała i Duża... dziękuję Wam obu, że jesteście. Dzięki Wam moje matkowanie to najpiękniejsza misja  w życiu! T. i W., Wy wiecie, że kocham <3 <3

Wspomniany wcześniej film to francuska produkcja z 2014 roku " Rozumiemy się bez słów" ( tytuł oryginalny: "La famille Bélier" ) Znajdziecie w sieci. Polecam gorąco na wieczorny seans ;)  Finałowa piosenka i scena pożegnania, ech... Nie będę Wam mówić jak je odczytać. Zostawiam to Waszym przemyśleniom. Chłońcie każdą chwilę z przywileju macierzyństwa. Wykorzystajcie go w pełni :)

Wszystkiego najpiękniejszego z okazji Dnia Matki!

Wasza A.